Spadek wizyt lekarskich w Stanach Zjednoczonych - produkt rozkładu społecznego i ataku na ochronę zdrowia

Joseph Kishore
1 listopad 2012

W bieżącym tygodniu United States Census Bureau (Biuro Statystyczne USA) doniosło, że w latach 2001-2010 średnia liczba wizyt u lekarza osób w wieku 18 do 64 lat spadła o prawie 20 procent: z 4,8 do 3,9. Raport stanowi najnowszy dowód na drastyczne ograniczenie dostępności służby zdrowia dla milionów Amerykanów. 

Jedną z głównych przyczyn tej zmiany jest sytuacja ekonomiczna. W minionym dziesięcioleciu miliony ludzi straciły pracę – głównie w następstwie globalnego kryzysu z 2008 roku. W Stanach Zjednoczonych utrata zatrudnienia oznacza zazwyczaj utratę ubezpieczenia zdrowotnego, a ludzie nieubezpieczeni znacznie rzadziej chodzą do lekarza.

W tym samy okresie firmy ubezpieczeniowe stopniowo podnosiły składki i dopłaty do usług zdrowotnych, co sprawiło, że obecnie wizyta u lekarza stanowi dla nieubezpieczonego jeszcze większy wydatek. "Mamy do czynienia ze spadkiem korzystania z usług medycznych na szeroką skalę", skomentował to kierownik Oddziału Statystyki Zdrowia i Niepełnosprawności Biura.

Liczby przytoczone w raporcie potwierdzają wcześniejsze dane, wskazujące na coraz mniejszą częstość wizyt lekarskich i stagnację w wydatkach na ochronę zdrowia. Jest to tendencja, która uległa wzmożeniu w latach 2011 i 2012, których cytowany raport nie pokrywa. W bieżącym roku kalendarzowym Instytut Statystyki Służby Zdrowia IMS (IMS Institute for Healthcare Statistics) doniósł, że liczba wizyt lekarskich spadła w 2011 roku o 4,7 procent, w porównaniu do 2010, a liczba wystawionych recept – o 1,1 procent.

Jak można było przewidzieć, taki spadek w dostępności usług zdrowotnych dla milionów ludzi skutkuje skróceniem oczekiwanej długości życia. Badanie, opublikowane w ubiegłym miesiącu w czasopiśmieHealth Affairs, wykazało znaczne skrócenie oczekiwanej długości życia w najbiedniejszej populacji klasy pracującej w latach 1990-2009. Dla kobiet rasy białej z wykształceniem poniżej poziomu high school, oczekiwana długość życia spadła z 78 do 74 lat, a dla mężczyzn z tej samej grupy – z 70,5 do 67,5 roku.

Ten szokujący trend nie jest prostą pochodną jakichś abstrakcyjnych sił ekonomicznych, ale skutkiem rozmyślnej polityki korporacji i obu wielkich partii pro-biznesowych. Celem tych działań jest ustanowienie systemu opieki zdrowotnej opartego o klasowe podziały, w którym olbrzymia większość ludności otrzymuje zakres usług szczątkowy, podczas gdy bogaci mają dostęp do najlepszej opieki, jaką tylko można dostać za pieniądze.

Spadek zarówno w wydatkach na ochronę zdrowia, jak i w wizytach lekarskich, został najpewniej mile przyjęty przez administrację Obamy, która na te zmiany właśnie usilnie pracowała. Za tak zwaną "reformą" służby zdrowia kryje się bowiem dążenie obu partii do redukcji kosztów ze strony korporacji i rządu – za pomocą ograniczania badań, procedur leczniczych i leków, oraz przez racjonowanie opieki zdrowotnej. Nieuchronną konsekwencją tego jest podkopanie zdrowia i skrócenie życia znacznej części ludności.

Jednym z celów owych zmian w służbie zdrowia jest umożliwienie korporacjom likwidacji programów opieki zdrowotnej dla pracowników i zmuszenie tych ostatnich do zakupu ubezpieczenia prywatnego na wolnym rynku. Szacuje się, że do 2019 roku ubezpieczenie zdrowotne, opłacane przez pracodawcę, może utracić aż 20 milionów ludzi. Osoby zmuszone do wykupienia pakietu u ubezpieczyciela prywatnego będą albo musiały więcej zań zapłacić, albo liczyć na mniejsze odszkodowanie. Prawdopodobnie będą także narażone na większą ilość dopłat i ograniczeń w dostępności do usług medycznych.

Na czele medialnej promocji racjonowania opieki zdrowotnej stoi New York Times, dziennik dość pilnie relacjonujący stanowisko administracji Obamy i Partii Demokratycznej. Pismo regularnie potępia wykonywanie rzekomo niepotrzebnych badań i procedur medycznych – od mammografii i skriningu w kierunku raka prostaty po stentowanie naczyń krwionośnych. Gazeta usiłuje argumentować, że "nadmiar" opieki zdrowotnej jest po prostu szkodliwy.

W kwietniu tego roku Times opublikował artykuł o kosztach opieki zdrowotnej pod tytułem: "Wyrównanie wydatków na służbę zdrowia rzuca nam światło nadziei". To "światło nadziei" płynie z faktu, że "miliony Amerykanów straciły ubezpieczenie zdrowotne razem z zatrudnieniem." "Inni, z kolei" – piszą dalej autorzy – "obawiając się o swoją pracę, mogli rezygnować z brania zwolnień na wizyty u lekarzy albo zabiegi chirurgiczne, albo też decydowali się obejść bez nie-pilnych interwencji lekarskich, jeśli tylko brakło im pieniędzy."

Liczby, opublikowane w tym tygodniu przez Census Bureau, odnoszą się do populacji w wieku 18-64 lat, nie obejmują natomiast ludzi w podeszłym wieku. Ta grupa – objęta federalnym programem Medicare – mniej dotkliwie odczuła skutki bieżących ograniczeń i w kręgach władzy państwowej uznaje się to za poważny kłopot. Zdaniem finansowych oligarchów utrzymywanie przy życiu ludzi, których nie da się już wykorzystać do generowania zysków, jest marnotrawstwem, sięgającym miliardów.

Podczas gdy spór między Demokratami a Republikanami dotyczy przede wszystkim sposobu, w jaki zadanie trzeba wykonać, o tyle naczelnym celem obu partii jest jak największe ograniczenie wydatków na Medicare.

W dziale opinii Times'a, pod chwytliwym tytułem "Po drugiej stronie Obamacare" Steven Rattner – finansista, multimilioner i były doradca Obamy d.s. przemysłu motoryzacyjnego (tzw. car samochodowy,car czar) – dobitnie określił podstawy strategii wobec Medicare. Sam Rattner był oskarżony o korupcję i malwersacje finansowe w okresie, kiedy kierował funduszem kapitałowym Quadrangle. Z kolei jako kierownik Zespołu d.s. przemysłu motoryzacyjnego przy administracji Obamy nadzorował restrukturyzację tej gałęzi, opierając swoje poczynania o pięćdziesięcioprocentową obniżkę pensji pracowników nowo zatrudnionych i drastyczne cięcia w przywilejach zdrowotnych i emerytalnych.

"Potrzebne nam panele śmierci" – zaczyna Rattner – "Może nie literalnie panele śmierci, ale jeżeli nie zaczniemy rozporządzać zasobami służby zdrowia w sposób bardziej roztropny, czyli – żeby właściwe nadać rzeczy słowo – racjonując ją, narastające geometrycznie koszty Medicare zaleją budżet federalny. Ze wszystkich amerykańskich "trzecich dróg" politycznych tylko jedna wydaje się z tym zgodna – ta, u początku której tkwi założenie, że Amerykanom w podeszłym wieku nie przysługuje każda możliwa lekarska czy farmaceutyczna procedura."

W dalszej części artykułu Rattner krytykuje zarówno Obamę, jak i kandydata Republikanów na wiceprezydenta – Paula Ryana, który zaproponował prywatyzację Medicare i przekształcenie jej w program voucherowy. Głównym zarzutem wobec obu polityków jest to, że unikają sedna sprawy, a mianowicie: konieczności pozbawienia niektórych emerytów możliwości leczenia.

"Medicare musi nauczyć się czegoś od Willie Suttona, który podobno powiedział, że napada na banki, bo tam jest kasa", pisze Sutton. "Duża kasa dla Medicare nie odnajdzie się ani w konkurencji wg pana Ryana, ani w innowacjach pana Obamy, ale w redukcji kosztów leczenia ludzi w ostatnim roku ich życia – kosztów, które pochłaniają ponad jedną czwartą budżetu programu."

O ile Rattner usiłuje przedstawić swoje uwagi jako krytykę, stanowią one wskazówkę, co tak naprawdę jest celem propozycji zarówno Demokratów, jak i Republikanów, a jest nim ograniczenie opieki zdrowotnej klasie pracującej, a w szczególności – populacji osób starszych. Jedną z centralnych instytucji w propozycji Obamy są panele rządowe, odpowiedzialne za rekomendację redukcji zakresie ubezpieczeń. Ryan tymczasem postuluje outsourcing w ręce ubezpieczycieli prywatnych.

Wybory prezydenckie są częścią ogólnego spisku przeciwko populację amerykańską. Za ich zasłoną kryją się prawdziwe plany klasy rządzącej. Bez względu na to, czy wybory wygra Obama, czy Romney, arystokracja finansowa – odpowiedzialna za najgorszy kryzys gospodarczy od czasu Wielkiej Depresji – będzie kontynuowała realizację swoich planów ataku socjalnego na lud Ameryki.