Polski

Wycie o wojnę przeciwko Syrii

W ramach przygotowań do wypowiedzenia wojny Syrii przez Stany Zjednoczone, polityczny establishment Waszyngtonu i media korporacyjne media stale nasilają propagandową kampanię kłamstw o rzekomym użyciu broni chemicznej przez siły zbrojne rządu w Damaszku.

Zarzuty o użycie broni chemicznej przez wojska syryjskie są całkowicie bezpodstawne i oparte na stwierdzeniach równie wiarygodnych, co zapewnienia propagandy nazistowskiej o humanitarnym i obronnym charakterze najazdów na Polskę i Czechosłowację.

Typowym przykładem tej dzisiejszej propagandy jest artykuł wstępnyFinancial Times, gazety będącej głosem oligarchii finansowej City of London. Po początkowym zastrzeżeniu, że "nie ma żelaznych dowodów" na użycie broni chemicznej przez syryjskie wojska rządowe, autorzy przechodzą od razu do stwierdzenia, że "jeżeli - jak uważa wiele osób, z bliska obserwujących konflikt - zarzuty są prawdziwe i jeżeli chcemy zapobiec dokonaniu się takiej zbrodni, jak ta w Halabdży w Iraku, gdzie w 1988 roku reżim Saddama Husajna zagazował na śmierć 5000 kurdyjskich powstańców, jedynym wyjściem jest wspólna i skoordynowana akcja."

Taki wniosek jest niedorzeczny: w jednej chwili autorzy przyznają, że nie ma żadnych dowodów na użycie przez wojsko Syryjskie nawet tej niewielkiej ilości Sarinu, o której z wieloma zastrzeżeniami wspomniała administracja Obamy w ubiegłym tygodniu - po to tylko, by następnie stwierdzić, że ludobójstwu może zapobiec tylko "skoordynowana akcja", czyli bezpośrednia interwencja zbrojna.

Kim są te "osoby, z bliska obserwujące konflikt"? Redakcja tego nie ujawnia, ale można mieć pewność, że składają się na nie interesy przemysłu naftowego, syryjskich polityków emigracyjnych i zachodnich militarystów, którzy interwencji zbrojnej za jakimkolwiek pretekstem i jak najszybciej. Te właśnie elementy i zgraja kłamców w amerykańskich i brytyjskich mediach, która odbija ich słowa jak echo, powiedzą wszystko, byleby tylko wzbudzić panikę i dziki pęd do wojny.

Ci "obserwatorzy z bliska", którzy faktycznie dysponują jakąkolwiek wiedzą o sytuacji w Syrii i mają choć odrobinę uczciwości, bez wahania uznają, że zarzut o zastosowaniu niewielkich ilości sarinu przez syryjski reżim na przedmieściach Aleppo, gdzie wśród kilkudziesięciu ofiar śmiertelnych znaleźli się także żołnierze sił rządowych, nie trzyma się kupy.

Jak od razu zwrócili uwagę eksperci od wojny chemicznej, jedynym sensem zastosowania tego typu broni jest zadanie masowych strat. Biorąc pod uwagę groźby administracji Obamy i innych mocarstw zachodnich, że jakikolwiek atak chemiczny spowoduje ich interwencję, z punktu widzenia rządu w Damaszku przeprowadzenie go w taki sposób, jaki się sugeruje, byłoby zarówno bezcelowe, jak i sprzeczne z jego własnym interesem.

Z drugiej strony rzesza islamistów i powiązanych z Al Kaidą bojowników, którzy pełnią rolę wojskowych pełnomocników Zachodu w tej wojnie o zmianę władzy, ma jak najbardziej żywotny interes w przeprowadzeniu takiego typu agresji i zrzuceniu winy na Damaszek w celu sprowokowania interwencji państw zachodnich.De facto, ci tak zwani powstańcy zdążyli już pochwalić się zarówno uzyskaniem dostępu do broni chemicznej, jak i gotowością do jej użycia. W grudniu ub.r. zamieścili w serwisie YouTube film, pokazujący ich składy broni chemicznej i dokumentujący próby ataku gazowego na królikach.

Pod obecnym kleceniem z kłamstw o broni chemicznej pretekstu do interwencji skrywa się frustracja Waszyngtonu, Londynu i innych stolic zachodnich, spowodowana brakiem strategicznych postępów militarnych tzw. rebeliantów. Jak dotąd, te oparte na przynależności sektowej oddziały, nie zdołały obalić reżimu Assada, a dzieje się wręcz odwrotnie - w ostatnich tygodniach to siły rządowe zadały wojskom opozycyjnym serię porażek.

Jednocześnie z tym pędem do bezpośredniej interwencji wojskowej Zachodu doszło do eskalacji zamachów terrorystycznych, charakterystycznych dla elementów związanych z Al Kaidą, które - z kolei - stanowią zrąb "rebelii", popieranej przez rząd USA. W poniedziałek, w Damaszku, w ramach zamachu na premiera Syrii, Waela al-Halqiego, eksplodowała bomba samochodowa. Choć sam premier wyszedł ze zdarzenia bez szwanku, w wybuchu zginęło wielu cywilów, który liczbę można tylko dodać do setek ofiar dotąd już dokonanych, podobnych ataków.

Na pierwszej stronie sobotniego New York Times’a ukazał się artykuł, w którym w końcu przyznano się do brzydkiej prawdy, która zarówno ta gazeta, jak i inne korporacyjne media starały się ukryć w swoich sprawozdaniach z syryjskiej wojny domowej. "Na terytoriach, opanowanych przez rebeliantów nie ma właściwie żadnych sił wojskowych o charakterze świeckim", podajeTimes, a następnie opisuje FrontAl Nusra, formalnie związany z Al Kaidą, jako siłę wiodącą koalicji antyrządowej, która na tych terenach nie tylko sprawuje najwyższą władzę wykonawczą, ale i zastępuje zastany system sądowniczy - systemem trybunałów islamskich.

Jeszcze bardziej złowieszczo brzmią poniedziałkowe doniesienia o wystrzeleniu przez siły opozycyjne dwóch pocisków rakietowych typu ziemia-powietrze na rosyjski samolot pasażerski, wiozący 200 osób - w większości turystów - z Egiptu do Moskwy.

Ostatnie porażki tzw. powstańców można bez wątpienia po części przypisać obrzydzeniem, jakie budzą w znacznej części ludności Syrii, która wbrew własnej woli została wciągnięta w wojnę domową o charakterze religijnym. Wielu ludzi, przeciwnych reżimowi Assada, jest jeszcze bardziej wrogo nastawionych do elementów typu Al Nusry i perspektywy zbrojnej interwencji Zachodu w ich kraju.

Cynizm amerykańskich polityków, popierających taką akcję jest nieprzyzwoity, czy wręcz obsceniczny. Z jednej strony żądają, żeby Waszyngton zbroił "rebeliantów" (czyli sił zdominowanych przez islamistyczne formacje paramilitarne) i nawołują do zbrojnego odwetu na rządzie Assada za użycie nieistniejącej broni chemicznej, a z drugiej - ostrzegają, że bez amerykańskiej inwazji Syria może stać się kolejnym "państwem nieudanym", w którym do władzy dojdzie Al Kaida - siła, którą sami chcą dozbroić - dysponująca rzeczoną bronią chemiczną.

Niespójność tych wzajemnie wykluczających się pretekstów do interwencji uwypukla tylko pogardę, z jaką odnosi się rządzący establishment do ludu amerykańskiego i pomaga uzmysłowić sobie fakt, że pęd do wojny przeciwko Syrii nie ma absolutnie nic wspólnego z żadną z rzekomych obaw o dobro narodu syryjskiego czy groźbą terroryzmu.

Jeden z najgłośniejszych orędowników interwencji zbrojnej USA, senator Partti Republikańskiej z Południowej Karoliny, Lindsey Graham, o mało nie wypuścił kota z worka podczas wywiadu, którego udzielił w telewizji w niedzielę. Oświadczył wtedy, że jeżeli Stany Zjednoczone nie zdecydują się zainterweniować bezpośrednio w Syrii, "rozpętamy wojnę z Iranem, bo Iran już na pewno odczyta naszą bierność w Syrii jako sygnał, że nie podchodzimy poważnie do ich wojskowego programu nuklearnego".

Rzeczywistość wygląda tak, że interwencja w Syrii byłaby tylko częścią przegotowań do znacznie bardziej niebezpiecznej wojny z Iranem, a u podstaw pędu do tej konfrontacji leżą starania amerykańskiego kapitalizmu, aby zrównoważyć pogłębiającą się recesję gospodarczą za pomocą uzyskania kontroli nad ogromnymi zasobami energetycznymi Bliskiego Wschodu i Azji Œrodkowej.

Dla tego właśnie celu, te same rzezimieszki, które tak głośno wyją teraz o wojnę przeciwko Syrii z rzekomego zatroskania o ewentualne użycie broni chemicznej, zdążyły już zabić milion Irakijczyków i setki tysięcy Afgańczyków i gotowe są na dalsze rzezie. 

Loading